Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

12.1.10

Pan kotek był zdrowy i sikał w kuchni

Podczas n-tego konserwowania tej samej powierzchni płaskiej dopada mnie coś na kształt depresji poporodowej. Teraz to ja tu znaczę teren tym oto płynem do podłóg, a ty mnie możesz pocałować w nos – wygłaszam mowę zemsty. Miau, miauuu – odpowiada kot, ponieważ nie wszystko, co wyje, jest wyjątkiem, tak samo jak nie wszystko, co żyje, jest żyjątkiem. A żyjątka już wymarły mimo wszelkich wysiłków udowodnienia mi przez kota i panią w sklepie, że obroża przeciwpchelna jest do bani. (Uzasadnienie pani: jak obroża jest tania, to na pewno nieskuteczna, lepsze będą te najdroższe krople w mikroskopijnej tubce. Uzasadnienie kota: miauuu.) W każdym razie konkurs na imię jest aktualny, bo sama mam coraz głupsze pomysły. Palikot, bo spalił sobie wąsy? Lejek Wyjący? Reksio? Ulrich von Jungingen?

17.10.09

Jak nie ratować postrzelonego

Jestem Zuluską postrzeloną w brzuch. Moje zadanie polega na tym, żeby leżeć w holu pewnej praskiej podstawówki, jęczeć i umrzeć kiedy harcerze będą próbowali mnie uratować, a następnie już jako nieboszczka powiedzieć im, gdzie znajdą następną kopertę ze wskazówkami. Harcerze podążają szlakiem lorda Baden-Powella, założyciela skautingu, wiodącym dookoła szkoły.

Kiedy widzę ich biegnących w moim kierunku, łapię się za brzuch, padam na podłogę i wydaję rozdzierający skowyt.
- Proszę paniii, co pani jest?
- Ojojoj! Zostałam postrzelona w brzuch! Zaraz umrę!
- Aha... - Wyjmują szalik w kolorze majtkowego różu, wygląda na stworzony do tamowania krwi. - A czy nie zgubiła pani szalika?

11.10.09

Tak się zmęczył tym snem

Nauki są niewyczerpane –
ślubujemy je wszystkie zgłębić.
(trzecie z Czterech Wielkich Ślubowań)

Śniło mu się, że nad czymś ogromnie się trudził.
Tak zmęczył się tym snem, że się obudził.
(Jan Brzechwa, Leń)

Policzyłam sobie: w tygodniu wychodzi mi 40 godzin zajęć, 7 godzin praktyki zen, 21 godzin spędzanych w komunikacji miejskiej i 2 godziny szwedzkiego. Zakładając, że śpię 7 godzin na dobę, przez pozostałe 7 mogę się opierdalać.

Jestem pełna nadziei, że "Polsko-angielski słownik encyklopedyczny polskich ludowych instrumentów muzycznych" i praca empiryczna pod roboczym tytułem "Wpływ jakiejś tam zmiennej na zachowania prospołeczne" zrewolucjonizują oblicze nauki, zaś praktyki tłumaczeniowe w wydawnictwie dojdą do skutku, zabiorą mi jeszcze tylko godzinkę opierdalania i też coś zrewolucjonizują.

29.9.09

Pierwsza doba w Kwan Um

O piątej słychać budzik złożony z drewnianego młotka i drewnianej kulki. Nazywa się moktak i tak też brzmi. Piąta piętnaście – pokłony. Kto uważa, że 108 pokłonów to mało, niech zrobi 108 przysiadów.

Po pokłonach jest 15 min przerwy, a potem zaczynają się śpiewy. Do śpiewów jest śpiewnik, a w nim kilkanaście stron tekstów po koreańsku: dżu – dżu – bla – bla, sa – mo – lot… Mam taką upierdliwą cechę, że najbardziej chce mi się śmiać wtedy, kiedy nie wolno się śmiać, na przykład na pogrzebach albo kiedy ojciec ilerazymimówi, albo kiedy mistrzyni patrzy. Ciekawe o czym jest Pieśń Porannego Dzwonu, myślę, starając się przegonić samolot latający mi w głowie i zatrzymać niebezpieczne drgania kącików ust.

Później medytacja. Czysty umysł, czysty umysł, czysty umysł, nie wiem. Nieustanne odpływanie w myśli i wracanie do punktu tu i teraz.

Wieczorem jeszcze raz śpiewy i półgodzinne siedzenie, bez pokłonów.

Cel: nauczyć się dawać. Na razie nie wiem, co to znaczy. Podobno normalni ludzie czują się obdarowani, kiedy ktoś zadaje im dużo pytań. Może tu mnie tak zaczarują, że będę się nadawała do społeczeństwa.

Może kiedyś zostanę pustelnikiem. Pustelnik siedzi w pustelni dla innych, nie dla siebie. Nie zawraca im głowy swoją obecnością; przychodzą tylko wtedy, kiedy potrzebują czegoś konkretnego. Tak, to jest jakiś pomysł.

11.9.09

Sinusoida jak zjeżdżalnia

Idę do ogrodu botanicznego i uspokajam się na chwilę. Światło leniwie wlewa się pod powieki, wielkie okrągłe liście przykrywają powierzchnię wody. Wyobrażam sobie, że wsiadam na taki liść i pływam jak na tratwie. Starsze panie na ławeczce omawiają tajniki pielęgnacji storczyków. Zbieram orzechy ze ścieżki i usiłuję nie zastanawiać się, czy w Warszawie dopadną mnie ogniste smoki.

Trzeba było nie wchodzić na strony uczelni, nie byłoby stresu. Znowu będę uczyć się bzdur, nauczać bzdur, tłumaczyć bzdury i stać godzinami w zatłoczonych tramwajach, znowu będzie ciemno i zimno. Ale może kiedyś w końcu pojadę do Jeny, do Czech, do Francji, może nawet jakimś cudem znajdę się na tej magicznej długiej drodze przez środek USA, o której opowiadała Anna. Muszę znaleźć w Warszawie jakichś Niemców, bo oszaleję. Będzie dobrze, tak?

3.8.09

Kryteria wyboru mieszkania

Nie mogę mieszkać pod żółtym adresem, nie wyobrażam sobie ciężkiego, żółtego słowa przy moim imieniu i nazwisku. Dlatego ulice na litery B i D odpadają. Piętro - najlepiej ostatnie. Nieważne, że na ostatnim piętrze wieżowca jest zawsze za gorąco albo za zimno. Gdybym mieszkała na piętrze dziewiątym na dziesięć, pozostałoby nade mną piętro nieodkrytej tajemnicy, schody, na które nie miałabym wstępu. Tajemnica jeszcze piękniejszego widoku z balkonu. Z tego balkonu można by było zajrzeć i na mój balkon, bo na ostatnim piętrze mieszkają bogowie z krainy ognia i lodu, którzy do woli przypatrują się śmiertelnikom z niższych pięter.

Balkon jest ważny. Z mojego balkonu musi być widać jak inne wieżowce mrugają oknami wieczorem. I samochody. Muszę widzieć z balkonu jakąś drogę, żeby pamiętać, że świat nie stoi w miejscu. Ściany mieszkania muszą być kolorowe i nie mogę mieć w oknach krat. Moja dusza jest kręgowcem w gazowym stanie skupienia i czasem ucieka przez okno.

Wreszcie nie mogę mieszkać z osobą, której głównym zajęciem jest samorealizacja, ani z taką, której kubek kawy nie pozostawia brunatnego kółeczka na stole, ani też z taką, która musi mieć w pokoju stado pluszowych upiorów. Jeśli hoduje pająki lub dżdżownice afrykańskie, to wspaniale, zasadniczo może hodować wszystko, co nie szczeka.

I jeszcze kot. Kot musi być koniecznie.

29.12.08

Z niebieskiego notesu

1. Nie nadaję się na Indiankę. Yerba mate to straszne paskudztwo, a od tykwy już pierwszego dnia odpadło denko. Zielsko pachnie jak coś, co kiedyś zaproponowano mi u dalekich krewnych i grzecznie odmówiłam, a smakuje jak coś, co smakuje tylko w sesji*. Podarowałam sobie nietrafiony prezent.

2. Jadę do Warszawy spotkać się ze znajomymi.
Lubię mieć przesiadkę w Nasielsku. Kończę jedną podróż i zaczynam drugą, dzięki czemu wydaje mi się, że jadę krócej. W dodatku pani w kiosku - przez wycieczkę do kiosku o mało się nie spóźniam na następny pociąg - wygląda jak słowiańska bogini płodności. Ktoś powinien wyrzeźbić ją w kamieniu.

3. Ciastko w kształcie Buki.

Upieczone specjalnie dla mnie.

4. Z postanowień noworocznych:
Pojadę do Szwecji. Pójdę do opery. Zdobędę własną lirę korbową. Nauczę się porządnie czytać nuty. Zdam co najmniej jeden egzamin na certyfikat z języka obcego. Znajdę lepszą pracę.
Jak co roku postanawiam też, że zmienię się. Tylko jeszcze nie wiem, w co.

5. Która rzeczywistość jest prawdziwa: ta, którą widziałam przez stare okulary zgubione na dworcu w Nasielsku? Czy ta, którą widzę w nowych i od której kręci się w głowie? Czy ta bez okularów – może świat jest taki miękki i niepotrzebnie nadaje mu się ostre krawędzie jakąś "korekcją wzroku"?

*Dopisane: odkryłam sposób na yerbę. Wylewam pierwszy napar, piję dopiero drugi, zrobiony na rozmoczonych fusach. Nadal pachnie i smakuje jak wędzone siano, ale już daje się wypić.

26.9.08

Za 5 dni

Przez ostatni tydzień dni latałam z wywieszonym jęzorem po Warszawie w celu dowiedzenia się na przykład, że panienka z okienka nic nie wie, bo akurat zastępuje panią Krysię, która zmieniwszy numer telefonu, wyjechała do Chin. I tam jej mogę szukać.

Jeśli już zdarzy się cud i oba moje dziekanaty są otwarte tego samego dnia, to są też otwarte w tych samych godzinach, wobec czego najrozsądniejszym wyjściem byłoby pojechanie na Pragę, stanięcie w kolejce, rozdwojenie się i wysłanie swojej siostry bliźniaczki na Służew. Albo roztrojenie, żeby na wszelki wypadek jeszcze zaczaić się na jedyną cokolwiek wiedzącą panią z dziekanatu w Chinach.

(Tymczasem odkryłam system internetowej rejestracji na Friedrich-Schiller-Universität. System ten jest odpowiednikiem naszego USOSa albo XAP-u i nazywa się Friedolin, a jego logo to śliczny niebieski lisek. Od wczoraj nie działa.)

Przez to bieganie prawie ominęły mnie: Skrzyżowanie Kultur i Festiwal Nauki. Prawie, bo udało mi się pójść na dwa koncerty folkowe, pewien spektakl teatralny i wykład o niegrzeczności w różnych kulturach. Z tego wszystkiego najlepiej pamiętam zachwycająco mocny biały głos wokalistki Zurgó, zespołu z Siedmiogrodu, który wystąpił na koncercie finałowym. I jeszcze zmieszanie, kiedy najlepszy chyba germanista w Warszawie niechcący uścisnął mi dłoń, bo myślał, że jestem jakąś jego znajomą. Ten od soczewek kineskopowych. Ale to zupełnie inna historia.

W ciągu ostatnich dwudziestu dni przeprowadzałam się trzy razy.
W ostatnim tygodniu miałam osiemnaście godzin zajęć.
Odwiedziłam dwóch lekarzy, dwa sklepy muzyczne i dziewięć komputerowych.
Zwiedziłam ruiny starej kamienicy na Woli.
Narysowałam ostatni odcinek Young Mr Callana; tym razem ubrałam go w bawarskie Lederhosen.
Nauczyłam się obsługiwać Windows Vista.
Obcięłam włosy.
Przeczytałam Gottland Mariusza Szczygła.
Pojechałam na wycieczkę rowerową i nazbierałam kasztanów.
Poćwiczyłam na każdym z moich instrumentów.
Zasmakowałam w bazyliowym pesto. (Kto mi podaruje bazylię albo rukolę w doniczce? Najlepiej taką, która podlewa się sama.)

Właściwie to lubię nie mieć czasu na nic, bo tylko wtedy znajduję – nie mam innego wyjścia – czas na wszystko. O dziwo łącznie ze snem.

27.8.08

Mr Callan Jah

1.
Jarek:
ranisz me serce, ranisz mą duszę,
i brzydkie słowa już w sobie duszę,
gdy tak uważasz, że brak widzenia,
był spowodowan z mego niechcenia!
Ja:
bardzo mię zmartwił ten brak widzenia
lecz bardziej martwi mię brak jedzenia
bo tu niczego nie mam prócz dżemu
biada mu, dżemu, dżemu nędznemu!

2.
Ja:
a jutro pracuję
rano
nie wiem jak
wstanę
(ten wiersz się nie rymuje, ponieważ jest awangardowy)
Jarek:
CHÓR:
Ach! Pracuje rano!
JAREK (na boku):
Rano? Czymże jest rano?
Ta pora, gdy na trąbach grano?

Wczoraj uświadomiłam sobie ze wstydem, jak mało wiem o Warszawie. Miałam mniej więcej pół dnia, żeby wynaleźć jakiś ciekawy plan zwiedzania Warszawy dla Serhana, kanapowego surfera z Turcji. Ale ratunku, co ja znam oprócz starówki i Muzeum Powstania Warszawskiego? Poza tym, przy takich okazjach daje mi się we znaki przypadłość, którą nazywam dysgeografią i dzięki której udało mi się kiedyś zgubić na Marszałkowskiej. Starając się nie panikować, zadzwoniłam do Piotra harmonisty. Piotr, oprócz tego, że potrafi przez cztery godziny w kółko grać na harmonii, jest też certyfikowanym przewodnikiem.* Niemal od razu zaproponował mi długą trasę wycieczkową, na której o połowie obiektów jeszcze nie słyszałam.

Uczyłam dzisiaj na dwudziestym-którymś piętrze biurowca w centrum. Jak to bywa z uczniami w firmach, panie spóźniły się godzinę, a w trakcie lekcji miały ważne spotkanie, telefon, zbiorową wyprawę do łazienki, trzęsienie ziemi, powódź i pożar i of course były nieprzygotowane. Na szczęście wzięłam ze sobą szkice do komiksu o Young Mr Callanie, który akurat ma handkerchief i walking-stick, i nawet kapelusz, więc nie było problemu.

(Ostatnio w chwilach nudy w pracy rysuję na żółtych przylepnych karteczkach komiks o Callanie i wyklejam nimi ścianę. Moje "dzieła" już robią furorę w pokoju nauczycielskim. Graeme, czyli szef i Sam**, czyli nowy nauczyciel, nie mogą się doczekać nowych odcinków i dyskretnie zaglądają, czy na ścianie nie pojawił się jakiś nowy przylepiec. Graeme wspomniał coś nawet o robieniu im zdjęć i wysyłaniu do prawdziwego Callana.***)

Mając do dyspozycji godzinę na dwudziestym-którymś piętrze, kartki, długopis i ekspres do kawy, odpłynęłam w marzenia. Okno biura zajmowało całą ścianę, widać z niego było pół Warszawy. Zawsze chciałam oglądać takie widoki (stare chińskie przysłowie mówi: uważaj, o czym marzysz, bo marzenia się spełniają). Bardzo żałowałam, że nie mam cierpliwości do rysowania pejzaży ani działającego aparatu, żeby uwiecznić fabrykę daleko na horyzoncie, owiniętą w pomarańczowo-białą mgłę jak w watę. Kawałek przed nią stoi masywny kościół z półkulistym dachem (co to za kościół, co to za fabryka? Naprawdę muszę wybrać się kiedyś na wycieczkę po Warszawie).

Dla chętnych: Trebunie-Tutki & Twinkle Brothers – Z Bogiem/Go with Jah (ostrzegam, to naprawdę jest góralskie reggae). Ciągle wydaje mi się, że w jednym miejscu śpiewają: Mr Callan Jah. Pisałam już, że lubię swoją pracę?

*Wcale nie jest. Wydawało mi się, że jest.

**– Spadaj!
– Sam spadaj!
– My name is Sam!

***Callan naprawdę jeszcze żyje, nie popełnił samobójstwa, nie spadł z wysokiego budynku itp.

26.6.08

Dlaczego niebo jest niebieskie?

Kiedy szliśmy kamienistą dróżką do świątyni zen w Falenicy, Tomek opowiedział mi o koanach. Koan to pytanie, które mistrz zadaje uczniowi. Czasem uczeń od razu zgaduje poprawną odpowiedź. Ale Tomek nad jednym z zadanych mu pytań spędził dwa lata. Na przykład: dlaczego jesz? - Bo jestem głodna? - strzelam. - Nie - mówi Tomek. - Zwierzęta jedzą, bo są głodne. Ty nie.

Dlaczego masz dwoje uszu? Dlaczego masz dwoje oczu? Dlaczego niebo jest niebieskie? Zaczynam przywoływać mgliste wspomnienia geografii czy fizyki w liceum, kiedy niebieskość nieba była nam wyjaśniana zjawiskami w atmosferze. Zła odpowiedź.

- A jakie są dobre odpowiedzi? - Tomek pochyla się i podnosi ze ścieżki kamień. - Zapytaj mnie, co to jest - mówi. - Nie będę Cię pytać. Może pytania też mogą być złe? - Ale załóżmy, że jednak mnie pytasz - nalega Tomek. Bierze kamień do ręki i rzuca go daleko przed siebie. - I? - I to właśnie jest dobra odpowiedź.

Świątynia zen to nie jest jakaś chatka skośnookiego Merlina z filmów produkcji amerykańskiej. Ta w Falenicy mieści się w dwóch zwyczajnych domach. Plakietka na furtce prosi o zachowanie milczenia. Część osób mieszkających w świątyni rozpoczęła właśnie 90 dni milczenia, inni porozumiewają się szeptem, to dlatego. W wejściu śpi gruby łaciaty pies o głupawym wyrazie pyska.

Założyliśmy szare szaty, coś w rodzaju płóciennych szlafroków. (Tomek zapytał, czy się stresuję. Byłam sparaliżowana ze strachu.) Ciszę przerwało miłe dla ucha stukanie drewna o drewno - wezwanie na wykład. Weszliśmy do sali ze złotym posągiem Buddy w jednym końcu i poduszkami na podłodze. Za chwilę pojawili się dwaj nauczyciele. Pierwszy, z Wielkiej Brytanii, opowiedział m.in. o tym, jak kiedyś czyścił dachy. Dotykając czubka dachu pomyślał, że jedno pośliźnięcie i byłoby po nim. Trzeba być skupionym na tym, co się robi, mieć czysty umysł. Jak czyścisz dach, to czyścisz dach. Jak jesz, jak medytujesz... Niech nic nie mąci twojego umysłu.

Wykład miał charakter otwarty. Po wstępie o umyśle i dachach przyszedł czas na pytania z sali (wykłady to jedyny moment, kiedy "90-dniowi" mogą przerwać milczenie) i naprawdę obszerne odpowiedzi, których udzielał drugi nauczyciel, z Węgier. Oto jedno z pytań, które zapamiętałam: co mówić osobie, która ma przed sobą dwa tygodnie życia, jak jej pomóc w odchodzeniu?

Z zapamiętanych myśli: jeśli czegoś nie poznasz, to nie możesz tego zrozumieć (na przykładzie podejścia do buddyzmu niektórych ludzi wychowanych w kulturze Zachodu - buddyzm jako wyścig, wstrętny ambitny samorozwój, zbieranie punktów). Albo: jeśli uznasz, że wszystko co złe, jest iluzją, to konsekwentnie wszystko co dobre też jest iluzją. Zen nie jest cukierkowo słodkie, jest gorzkie, a jeśli jest dla praktykującego słodkie, to znaczy, że coś robi źle.

A niebo wcale nie jest niebieskie. Dzisiaj jest niebiesko-białe.

Dopisane:
Tomek wysłał mi SMS-a z pytaniem: jak brzmi klaśnięcie jednej dłoni? No, jak?

Dopisane nr 2:
Mam już odpowiedzi na oba te pytania. BUM!!! Dlaczego niebo jest niebieskie? Powiedz.

18.5.08

Ciężka choroba

Większą część Nocy Muzeów spędziłam w Państwowym Muzeum Etnograficznym, pędząc, pchana przez dziki tłum, wzdłuż oszklonych gablot z afrykańskimi maskami, złotymi posążkami Buddy, nowozelandzkimi rzeźbami i słowiańskimi Madonnami z drewna.

Chłonęłam te widoki. Szkoda, że nie mogłam zostać sam na sam z taką maską; szkoda że nie wolno oglądać dłońmi, bo dopiero kiedy dotknę, to czuję, że obejrzałam. Szkoda też, że kolega, którego zabrałam ze sobą prawie siłą, nie wydawał się zachwycony.

Właściwie nie poszliśmy tam po to, żeby oglądać rzeźby. Najpierw próbowaliśmy się dostać na wykład o polskich demonach, ale nie widzieliśmy, nie słyszeliśmy, więc poszliśmy dalej, na ostatnie piętro muzeum. Trafiliśmy na Grupę Studnia "O" ze "Strasznymi opowieściami", w której składzie był m.in. Jacek Hałas z lirą korbową.

Ja: Do czego to jest podobne w graniu? Bardziej jak pianino, gitara?
Jacek Hałas: To... do niczego nie jest podobne.

Czasem mam takie momenty zachwytu samym posiadaniem zmysłów: tym, że na przykład potrafię słyszeć harmonię i dysonans, że litery mają dla mnie kolory, że czuję zimno na skórze. Albo zachwycam się tym, że ktoś potrafi robić coś, co jest dla mnie niesamowite - dyskutować o filozofii, kręcić ogniem albo śpiewać bardzo głośno wysokie dźwięki. I teraz też była jedna z tych chwil: transowe dźwięki liry korbowej, do tego piękny, mocny głos Jacka Hałasa i jeszcze informacja, że w wakacje będą organizowane warsztaty gry na lirze korbowej w Szczebrzeszynie (to nie żart, Szczebrzeszyn naprawdę istnieje i mają tam nawet pomnik chrząszcza). Czyli wiem już, co będę robiła w wakacje.

Ja:
Chyba zaraziłam się lirą korbową.

Jacek Hałas: Ale wiesz, ta choroba jest ciężka i tak szybko nie mija...

Pewien pan o imieniu Karol zbombardował mnie informacjami (łącznie ze zdjęciami ślubnymi J.H.) i adresami stron internetowych, na których mogę znaleźć więcej informacji o lirach i obiecał, że dopisze mnie do folkowej listy dyskusyjnej. Chyba będę jednak w przyszłości unikać tego pana, bo dość trudno się od niego uwolnić...

Dopisane:
Tak mi się spodobało, że ukulturalniałam się na folkowo jeszcze w niedzielę u Hałasów w jurcie rozstawionej za BUW-em. Załapałam się na film dokumentalny "Koniec pieśni", przedstawiający ludzi z pogranicza polsko-ukraińsko-białoruskiego, którzy po dwudziestu siedmiu latach słuchali nagrań tradycyjnych pieśni śpiewanych przez ich dziadków i rodziców: mama nie mówi, kiedyś już nie mówiła, a jeszcze śpiewała, a teraz... Potem gorąca herbata, film o wiejskich ekspertach od konserwacji sztuki (suszenie czterystuletnich skrzypiec nad ogniem, moczenie basów w wodzie żeby lepiej stroiły itp.), śpiewy i tańce ludowe. Chcę do Szczebrzeszyna.

16.5.08

Zgniłe jabłka

15 Volt... Most evil begins with a small, seemingly insignificant thing.
Philip Zimbardo

Wielki prof. Zimbardo, autor mojego najgrubszego podręcznika i Tego Słynnego Eksperymentu. Spodziewałam się wykładu nadętego bufona, takiego jak wielu wielkich i trochę mniejszych profesorów. Tymczasem za mównicą stanął bardzo sympatyczny starszy pan i zaczął opowiadać o swojej życiowej pasji.

Jeszcze nie spłynęły ze mnie pozytywne emocje, wywołane mniej więcej po połowie treścią wykładu i osobą profesora. Eksperyment, w którym sprawdzali, czy studenci teologii zachowają się jak miłosierni Samarytanie; nawiązanie do eksperymentu Milgrama; reakcja profesora na antysemickie graffiti w Oświęcimiu. Aż się chce zostać tym hero-in-waiting, czekać całe życie na jedną chwilę, w której można stać się bohaterem.

Naprawdę ciężko mi jest pisać w stanie orgazmu intelektualnego, więc może lepiej wstawię odnośnik do strony "Efektu Lucyfera" (prof. Z. mówił, że jest jakaś polska wersja strony, niestety nie znalazłam) i jeszcze pewien filmik, który zupełnie mnie powalił:

PS. Ten aksamitny głos... ;)

12.5.08

What's this what's this?

- Past of "work"? - "Worker".
- Future of "must"? - "Will must to have".

Żebym nawet stanęła na głowie, vegetables zawsze będą Wedże Tejbuls, tak samo jak weren't zawsze będzie łerent. Masowa epidemia przykurczu języka: po prostu nie da się go wsadzić między zęby i powiedzieć th. Bo to głupio wygląda, głupio brzmi, i w ogóle po co.

- Nie umiem tego, bo jestem dyrektorem firmy...

1/3 pytań w Metodzie Callana dotyczy spadania z wysokich budynków, nie dożycia do setki, wieszania się, rozstrzelania, zabijania, umierania za ojczyznę... Czasami zastanawiam się, czy ten biedny Callan jeszcze żyje, czy już popełnił samobójstwo.

- What would you do if your friend was trying to kill himself? - I'd try to stab him...

A tak naprawdę to kocham swoją pracę i nie zamieniłabym jej na żadną inną. (Na żadną inną dostępną teraz; wszelkie poetki, wokalistki, rysowniczki, malarki i Barańczaki nie wliczają się.) Mam nadzieję, że będzie tam jeszcze dla mnie miejsce po powrocie z Niemiec. I że będę jeszcze czasem widywać mojego ulubionego warszawskiego Amerykanina.

Swoją drogą, zapraszam na zajęcia.