Szok kulturowy to dołek, do którego wpada się z rozpędem i powoli z niego wyjeżdża. Tak też zresztą wygląda jego wykres: jak sinusoidalna pułapka na hefalumpy.
Pierwsze stadium to euforia – udało mi się tu przyjechać, jest tak ładnie, i ten piękny język! Później następują pierwsze nieporozumienia i konflikty. Trzeba sortować śmieci, nie wolno się spóźniać, a jak się spóźniasz i nie sortujesz, to masz problem. Zjeżdżasz po sinusoidzie jak po zjeżdżalni, aż znajdziesz się w punkcie, w którym łzy same cisną się do oczu i chce się natychmiast wracać do swojego kraju, gdzie wszystko jest zrozumiałe, bezpieczne i przewidywalne.
Złapany w pułapkę hefalump wsiadł do prawie pustego tramwaju. Na następnym przystanku wszedł okołopięćdziesięcioletni pan, żwawym krokiem skierował się w moją stronę i zaczął mi machać przed nosem jakimś zielonym papierem, krzycząc na mnie w dialekcie. Wydawało mi się, że to kontroler, więc zaczęłam grzebać w torbie, nerwowo szukając karty miejskiej. Pan poczerwieniał na twarzy, zabulgotał jak czajnik, zaś z uszu para mu buchła, po czym nakrzyczał na mnie w dialekcie jeszcze głośniej. W końcu zrozumiałam, że pożąda mojego miejsca z krzyżykiem, bowiem nie podoba mu się żadne z trzech wolnych miejsc z krzyżykami tuż obok. Nie chciałam robić wioski w obcym kraju, więc przeprosiłam i ustąpiłam. Przez resztę jazdy pan mierzył mnie wzrokiem bazyliszka, a ja udawałam, że czytam książkę do fonetyki.
A skoro jestem na samym dnie dołka, to teraz powinno już być tylko lepiej. Taką mam nadzieję.
Pierwsze stadium to euforia – udało mi się tu przyjechać, jest tak ładnie, i ten piękny język! Później następują pierwsze nieporozumienia i konflikty. Trzeba sortować śmieci, nie wolno się spóźniać, a jak się spóźniasz i nie sortujesz, to masz problem. Zjeżdżasz po sinusoidzie jak po zjeżdżalni, aż znajdziesz się w punkcie, w którym łzy same cisną się do oczu i chce się natychmiast wracać do swojego kraju, gdzie wszystko jest zrozumiałe, bezpieczne i przewidywalne.
Złapany w pułapkę hefalump wsiadł do prawie pustego tramwaju. Na następnym przystanku wszedł okołopięćdziesięcioletni pan, żwawym krokiem skierował się w moją stronę i zaczął mi machać przed nosem jakimś zielonym papierem, krzycząc na mnie w dialekcie. Wydawało mi się, że to kontroler, więc zaczęłam grzebać w torbie, nerwowo szukając karty miejskiej. Pan poczerwieniał na twarzy, zabulgotał jak czajnik, zaś z uszu para mu buchła, po czym nakrzyczał na mnie w dialekcie jeszcze głośniej. W końcu zrozumiałam, że pożąda mojego miejsca z krzyżykiem, bowiem nie podoba mu się żadne z trzech wolnych miejsc z krzyżykami tuż obok. Nie chciałam robić wioski w obcym kraju, więc przeprosiłam i ustąpiłam. Przez resztę jazdy pan mierzył mnie wzrokiem bazyliszka, a ja udawałam, że czytam książkę do fonetyki.
A skoro jestem na samym dnie dołka, to teraz powinno już być tylko lepiej. Taką mam nadzieję.
