Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

29.10.09

Poeta

Ciekawe o czym pan pisze ten wiersz. Tak, pan, z wąskimi ustami i w błękitnej koszuli. Myślę, że to wiersz, bo próbuje go pan zasłonić lewą ręką. W szybie odbijają się wykresy z ekranu pańskiego komputera. Teraz pan spojrzał w lewo, czyli w moje prosto, ładne pan ma zmarszczki mimiczne. Taki ładny, błękitny biznesmen-poeta w McDonald's o piątej rano.

Zróbmy tak: teraz wyjdzie pan do łazienki, wtedy położę na stoliku bursztyn znaleziony w Sopocie; pan wróci, zdziwi się bardzo, uniesie go pod światło i spojrzy mu prosto w muchę (biedna mucha, chociaż z własnym mauzoleum). Tak to pana zainspiruje, że od razu usiądzie pan i napisze ten jedyny, przełomowy wiersz.

- - -
Czy ja jestem pijana, czy o umlaut naprawdę ma swoją własną stronę?

17.9.09

Dziesięć tysięcy lat później

Świat został rozmontowany i zmieścił się w bagażniku. Stworzycielka światów na tylnym siedzeniu owinęła się we własne ręce i wyśniła ostatni wieczór z R., w planetarium. Cała podróż była półsnem. Gwiazdy wpadały przez uchylone szyby. Matka zapytała, kto jest głodny, a Mulder i Scully zgłosili się do niej po jajko na twardo.

Jestem już tu, a nie tam i nie mogę podnieść się z fotela. Nadal śnię, a mój sen jest kopułą planetarium. Mogę wspiąć się i dotknąć jawy od spodu, ale nie mogę się obudzić.

Wiem, że jest jeszcze wrzesień, ale wydaje mi się, że kiedy wyjrzę przez okno, zobaczę tam śnieg.

- - -
Mimo wszystko dedykuję Ci, oddana czytelniczko:

Przyjaciele nie zrobili więcej,
Kiedy płakałam, zacierałeś ręce.
Ten odgłos tarcia tak mi się spodobał,
Znów dzięki Tobie: jestem, myślę, kocham!
(Katarzyna Groniec - List do wroga)


Albo nie. Nienawiść to strata czasu.

8.9.09

Tam, gdzie nie dojeżdżają pociągi

Jak powszechnie wiadomo, kozy są ZŁE. A jeszcze źlejsze są, gdy przez dwie godziny biegasz po lesie i szukasz uciekniętych kóz, i nie znalazłbyś ich przez tydzień, gdyby jedna nie zaplątała się w gałęzie drzewa. Znajdujesz je oczywiście w najgęstszej możliwej gęstwinie. Większa, zaplątana, meczy rozpaczliwie, a mniejsza pożera rosnącą dookoła chronioną roślinność, wesoło podzwaniając dzwonkiem. Są jednak tak piękne i patrzą tak uroczo kozim wzrokiem, że od razu im wybaczysz. Zostaną zaprowadzone z powrotem do zagrody, gdzie większa koza zaplącze się w ogrodzenie, a mniejsza zajmie się konsumowaniem stojącej w pobliżu miotły.



Sprawa uciekających kóz przyczyniła się bez wątpienia do zacieśnienia stosunków polsko-vogtlandzkich. Niestety nadal nie rozumiem, co mówi pan H. Na skutek zawirowań i wędrówek ludów dialekt używany w Wildenau jest bowiem zbliżony do staroangielskiego niewiele mniej niż do hochdojcza. Na przykład Wasser wymawia się łosa, a zamiast normalnego o jest angielskie eu.

Kiedyś podobno przyjechali Anglicy i myśleli, że pan H. mówi po angielsku.
Pan H. myślał, że ci Anglicy mówią po niemiecku.
Dogadali się świetnie.

To właśnie było mi potrzebne. Cisza i powietrze. I kozy.

PS. Do mieszkających w Jenie i Weimarze: można się do mnie zgłaszać po kawałek domowej roboty koziego sera.

26.8.09

Carmina Burana w Erfurcie

Ponieważ geografia miejska delikatnie mówiąc nie jest moją mocną stroną, pojechałam do Erfurtu dwie godziny wcześniej. Po pierwszej znalazłam teatr i uspokojona udałam się na spacer. Dziesięć minut przed spektaklem wydało mi się dość podejrzane, że w teatrze jest ciemno, a wokół zamiast ładnie ubranych ludzi kręcą się tylko dwaj porządnie rozweseleni panowie. Na szczęście schody Katedry Św.Marii trudno przegapić.

Choreografia była w moim odczuciu genialna, dopełnił ją przelatujący w pauzie samolot - przez chwilę zastanawiałam się, czy to zaplanowane... Do tego świerszcz zagłuszacz, bezczelnie niepasujący do tonacji. Na Grunwaldzie też były świerszcze. Odpłynęłam.

Dobra rada: jeśli masz zamiar iść na koncert Carmina Burana, to nie oglądaj najpierw tego:



Taki zrobili nastrój tymi pochodniami, a potem i tak zaśpiewali o wiatrakowych ciastkach.

PS. Oh, oh, oh, totus floreo,
iam amore virginali totus ardeo,
novus, novus amor est, quo pereo. :)

21.5.09

Głos spod mchu

Zaklinam się, że jeśli jeszcze raz usłyszę Poker face z imprezy za oknem, to jutro o siódmej rano wysopranię cały repertuar chóru na korytarzu. Zrobię to zresztą chętnie, żeby uwolnić się od natrętnych ohrwurmów, które po weekendzie w Siegmundsburgu same śpiewają mi się w głowie.



Śpiewamy teraz głównie Brahmsa. Brahms jest paskudny, nieprzewidywalny i co pół taktu zmienia tonację, a nie nie znoszę go tylko dzięki temu fragmentowi Waldes Nacht:

Träumerisch die müden Glieder
berg’ ich weich ins Moos,
und mir ist als würd’ ich wieder
all der irren Qualen los,
all der irren Qualen los…

Chciałabym wskoczyć do środka tego utworu i miękko opaść w mech, najlepiej w wielki triasowy mech płonnik. I żeby nie było komarów. W czasach romantyzmu na pewno nie było komarów.

13.4.09

Widok z innych oczu

Jena i Weimar w obiektywie Piotra.



Nie wiem, jak on to robi, ale te zdjęcia na mnie działają.
A oto cała galeria.

20.3.09

Co masz zrobić dziś, zrób wczoraj

Nie napiszę o tym, kogo spotkałam we Wrocławiu i jak bardzo się ucieszyłam, ani o wrażeniach z filharmonii, ani o tym, jak było na wrocławskiej Manifie, ani też o tym, jak małe wrocławianki niebieskooczyły na moją drumlę. Nie napiszę też o tym, jak w panice szukałam człowieka z telefonem komórkowym, żeby dodzwonić się do mieszkającego w Rynku Francuza, ani że ten Francuz okazał się Polakiem, ani o tym, jak w przyjemnych okolicznościach przekraczałam granicę polsko-niemiecką w Zgorzelcu, ani jakie piękne jest Drezno kiedy zapalają się latarnie, ani że stałam w punkcie, gdzie malował Canaletto, i oglądałam Łabę przez metalowe sztalugi. A już na pewno nie napiszę o tym, że spędziłam noc w windzie na dworcu w Altenburgu, a kiedy wreszcie przyjechał pociąg o czwartej nad ranem, zasnęłam snem tak ciężkim, że przegapiłam Jenę i musiałam wracać o siódmej z Weimaru. Ponieważ gdybym zajmowała się pisaniem bloga zamiast nauką do egzaminu z psychologii osobowości, to, to właśnie byłaby prokrastynacja.


A tego stanowczo nie chcemy.

11.3.09

Leipzig

W mieszkaniu Christiana jest pełno roślin, bo Christian i Lena są wegetarianami i ekologami i żywią się tym, co im wyrośnie w doniczkach. Czasem zbierają zioła, którymi później przyprawiają potrawy. Jedziemy na rowerach do lasu po Bärlauch - czosnek niedźwiedzi, którego rośnie tam cała polana. Ale my bierzemy tylko tyle, ile potrzeba do pasty ze słonecznika. (Ziarna słonecznika gotować jakąś godzinę aż zmiękną, dodać masło i zioła z paczki 6 Kräuter, ewentualnie z lasu. Najlepiej smakuje na kanapkach.)

Z torebką zielska jedziemy do miasta, nalegam na zwiedzanie.
- Co to za zamek? - pytam Christiana, nakłaniając go do przyjęcia roli przewodnika.
- Nie wiem, jakiś nudny kościół. Nie ma nawet zmumifikowanych gołębi. Pokażę ci coś ciekawszego.
Zabiera mnie do industrialnej części Lipska, do fabryki nieczynnej od dwudziestu lat. Rozbrajamy zamek od furtki i wchodzimy. Christian fotografuje czerwone mury pokryte graffiti i mnie na ich tle, kiedy huśtam się na rurze wystającej ze ściany albo chodzę po zbitym szkle, słuchając jego dźwięku*. W pokoju, który kiedyś był może biurem, znajdujemy magiczne papierowe kwiaty i zabieramy je ze sobą. Na środku opuszczonej hali produkcyjnej leży szkielet psa. Tak, tu jest zdecydowanie ciekawiej niż w kościele bez ptasich mumii.

Zmarznięci i zaczarowani, jedziemy do studia. Christian włącza mi mikrofon, stroi gitarę. Wymyślam tekst o księżycowych kwiatach zrywanych z dachu fabryki i zawijam go wokół melodii.

- - -
Uli otwiera duże kartonowe pudło i wyjmuje z niego ponad dwadzieścia drumli w różnych kształtach, kolorach i strojach. Wietnamskie z bambusa, które tylko przykłada się do ust; niemieckie, dostępne w każdym sklepie muzycznym; nepalskie, które trzeba mocno przycisnąć do zębów żeby wydały dźwięk. Jak to gdzie się kupuje nepalskie drumle? W Nepalu! No, można też w Indiach. W jego ustach zdanie byłem w Nepalu brzmi jak byłem w Działdowie, jak coś absolutnie zwykłego i oczywistego. Gra na wszystkich drumlach po kolei.
- Niektórym nadałem imiona, przeważnie z piosenek The Beatles. To na przykład jest Michelle. - Pokazuje Michelle do kamery. - Wybierz sobie, którą chcesz.
Mam trudności z wyborem, więc Uli bierze jedną i wręcza mi, przywiązawszy ją gumką do pudełka zapałek z napisem Gurke. Ogórek. Wyjaśnia, że to rekwizyt do przedstawienia teatru performance’owego. Aktorzy podpowiadali w ten sposób publiczności, która miała zgadnąć, jaki niepokojąco freudowski kształt odbijał się pod jedwabną szmatką.
- A ty skąd znasz drumle?
- Z rekonstrukcji historycznych. - Opowiadam mu o inscenizacji bitwy pod Grunwaldem i odśpiewuję zwrotkę Bogurodzicy.

Idziemy do Schreibmaschinencafe, studenckiego pubu wypełnionego starymi maszynami do pisania. Uli będzie świętował: dostał stypendium, następny rok spędzi malując obrazy w San Francisco. Stawia wszystkim amerykańską wódkę. Ktoś gra na klarnecie, ktoś na przeszkadzajkach. Kątem oka widzę, jak wchodzą moi gospodarze. Lena wpada w szał twórczy i pisze na maszynie O-Geschichte: Momo floh vorm Molch... O wschodzie słońca przemierzamy Lipsk na rowerach. Która godzina, gdzie ja jestem i w jakim języku mówię?

- - -
Mała Angielka na dworcu "uczy" ojca niemieckiego: happy birthday to you – Marmelade in die Schuhe! Za sześć godzin będę w Polsce. Zaciskam palce w kieszeni na nepalskiej drumli. Czy naprawdę będziesz czekał na peronie, a jeśli tak, to czy nie padnę trupem albo nie ucieknę, a jeśli nie, to... właśnie, to co?

*Jakim wyrazem dźwiękonaśladowczym można określić dźwięk chodzenia po zbitym szkle? Szelest? Klik? Niech mi ktoś pomoże rozwikłać tę zagadkę.

11.2.09

Politeizm, sesja i skarby

Kiedy jeszcze byłam mała i wierząca, wierzyłam, że istnieje czwórca święta (piątca, jeśli liczyć Maryję): Bóg Ojciec, Syn Boży, Duch Święty i bozia, bliżej nieokreślone złośliwe bóstwo żeńskie, które potrafi skarać, skazać albo skazić (np. katarem za nienoszenie czapki). W liceum wymyśliliśmy bozię-śmieciozię, która sprawuje pieczę nad niebiańskim kubłem śmieci i od czasu do czasu zrzuca go komuś na głowę.

Bliżej nieokreślone złośliwe bóstwo żeńskie w sesji ma zadziwiającą skłonność do zrzucania dystraktorów. Zajmujesz się więc głupotami przez tydzień, a potem znienacka spada ci z nieba kubeł na przykład fonologii, którą musisz wchłonąć w ciągu najbliższej nocy.

Przed samą sesją bozia zrzuciła mi za sprawą Pewnego Znajomego stronę Geocaching dla poszukiwaczy skarbów. W skrócie chodzi o to, że ktoś chowa gdzieś skrzynkę ze "skarbami", ołówkiem i notesikiem, a ktoś inny ją znajduje (często przy pomocy urządzenia GPS), podmienia jakiś "skarb" na inny i wpisuje się do notesu. Internetowa mapka Jeny jest cała w kwadraciki oznaczające skarby, czyli cache.

(Pierwsze poszukiwania - z mojego maila do Z.:

Obeszłam wieżę dookoła starając się nie wzbudzać podejrzeń (nie wiem jak Ty, ale kiedy ja staram się nie wzbudzać podejrzeń, zaraz w tajemniczy sposób zaczynam wzbudzać bardzo dużo podejrzeń). Zobaczyłam pewien charakterystyczny punkt, jakby ktoś wsadził trawę w dziurę w murze, i byłam pewna, że to tam. Niestety, zaraz pojawiła się grupa mugoli z aparatami. Dałam spokój i pojechałam dalej. (A szkoda, bo może uzyskałabym odpowiedź na pytanie, którym w kółko męczyłam rodziców w dzieciństwie: co to jest dziura w murze?)

(- Co to jest dziura w murze? - Dziura w murze to jest takie miejsce w murze, w którym nie ma muru. - Tylko co jest? - Dziura. - Ale co to jest dziura w murze? itd.)

Dalej, to znaczy do parku. Park nazywa się Paradies, w praktyce Paradies bozi, bo tylko u niej w raju może być takie błoto. Podpowiedź do tego kesza zaprowadziła mnie do piosenki Red Hot Chilli Peppers - Under the bridge. Znalazłam mały mostek nad zamarzniętym strumyczkiem wpływającym do Saale. Postanowiłam wrócić tam po zmroku, na wypadek gdyby ktoś mnie zobaczył i miał zamiar krzyczeć w dialekcie.

Trzeci skarb nazywał się "Rzymska ruina", a podpowiedź brzmiała: nawet Cezar musiał od czasu do czasu ustąpić pierwszeństwa przejazdu. I rzeczywiście, stoi obok tej "rzymskiej ruiny" taki znak drogowy. Szukałam przy znaku, za znakiem, przed znakiem, i nic, tylko błoto. Dopiero kilka minut temu przyszło mi do głowy, że mogłam szukać NA znaku. Może jutro pojadę wspinać się na znak.

Kiedy zrobiło się ciemno, wróciłam nad rzekę. Zeszłam pod mostek, pochodziłam po zamarzniętym strumyczku, a tam przeszła mi przez głowę taka oto złota myśl: pamiętaj, jeśli masz zamiar wchodzić w nocy pod most, weź ze sobą latarkę.)

Mimo tych przygód i mojej ewidentnej dysgeografii w końcu zaczęłam znajdować skarby. Z pierwszego kesza wyjęłam małą plastikową biedronkę, a włożyłam tam przetłumaczony przepis na faworki. Od razu mi wesoło, kiedy wyobrażam sobie jak żądni przygód Niemcy z GPSem je sobie smażą :)

PS. Na skutek omsknięcia się palca Z. na klawiaturze stworzyła nam się biozia. To taka niemiecka bozia ekologiczna, która zanim zrzuci śmieci, najpierw je segreguje.

22.12.08

Intercity

Bardzo mi się podoba, kiedy ktoś mówi: zamieniam się w słuch. Ale wczoraj zamieniałam się we w z r o k. Mój wzrok lubi pociągi, a ta podróż była dla niego jedną z najciekawszych.

Jena-Berlin. Usiadłam w strategicznym miejscu, dodatkowym, z boku korytarza, skąd miałam widok na wszystkich. Szczególnie zaintrygował mnie pewien starszy pan w okularach i żółtym spranym swetrze. Miał piękną twarz z wyrazistymi zmarszczkami mimicznymi i wąskimi ustami. Nadałam mu w myślach imię w kolorze ciemnej wiśni i jestem przekonana, że tak się właśnie nazywa – tylko to jedno imię pasuje mi do takiej twarzy. Rozzuchwaliłam się wymyślając go; bezczelnie zmyślałam jego historię biegnącą od jakiejś automatyki i robotyki do pewnego kraju w Ameryce Południowej i palenia ayuaski z indiańskim szamanem. Nie odważyłam się do niego uśmiechnąć, a szkoda, bo może otworzyłabym go tym uśmiechem jak kluczem i wysypałyby się z niego opowieści.

Berlin-Warszawa. Siedziałam między pewnym Niemcem o złocistorudych włosach (zauważyłam go odrywając na chwilę w z r o k od 426. strony Biegunów, gdzie pani T. opisała dokładnie jego sobowtóra) a panią reprezentującą ciekawy przypadek kliniczny. Była to osoba dwujęzyczna z afazją; czasem mówiła po niemiecku, czasem po polsku, a czasem w języku "pomiędzy", języku podróżnym, zgubionym w strefie granicznej i równie zrozumiałym dla mnie jak dla tego złocistego człowieka obok. Między jej myślami a mową stał wielki mur i tylko niektóre myśli potrafiły go przeskoczyć. – Rozumie, ale kiedyś ten, ten (jakieś słowo po niemiecku) i teraz nie umie mówić, i cała prawa strona, nie ma* – powiedziała pani z afazją i zaczęła się głośno zastanawiać, kto jej schował kazety i gdzie.

Warszawa-Ciechanów. Śnił mi się cudowny sen, w którym potrafiłam cofać czas.

W Ciechanowie nie poznał mnie kot. Prychał, fukał, nieufnie machał ogonem i dopiero na drugi dzień uznał moje kolana za dobre miejsce do zwinięcia się w kłębek. On, dla odmiany, potrafi zamieniać się w ciepło.

*Przypomniały mi się Strokes W. Stafforda: lewa strona jej świata odeszła... Nie udało mi się ich przetłumaczyć, poddałam się w zapasach z tytułem.

16.12.08

Z okazji trzęsienia ziemi w Szwecji

Kiedyś na szwedzkim.
- W szwedzkim kalendarzu przy niektórych dniach są narysowane flagi i to znaczy, że wtedy wywiesza się flagę Szwecji. W innych dniach przeważnie się nie wywiesza…
- ...bo ją ktoś ukradnie?

Swoją drogą urzekła mnie symbolika kolorów szwedzkiej flagi: nie męczeństwo i cierpiętnictwo, tylko żółte słońce na niebieskim niebie. Podobno Szwedzi wywieszają flagę nie tylko z okazji świąt państwowych, ale też kiedy są z czegoś dumni, czymś się cieszą albo dawno nie wywieszali flagi. A może to tylko plotka?

16.11.08

Wiatraki, komputery, dzwonki

Wydobyliśmy z teczek z nutami Freude über Freud. Zapadła cisza, Szef Wiatrak* już miał zacząć dyrygować. Nagle z końca sali dobiegł teatralny szept: Sigmuuund!

Rozśpiewki, kolędy, piętnaście minut przerwy. Rozśpiewki, kolędy, piętnaście minut przerwy. Posiłek. Rozśpiewki... I tak od rana do nocy.

W przerwach starałam się obserwować proces grupowy. W chórze widać go idealnie: jest pewna hierarchia, grupowe zadania, a ponieważ chór istnieje już od dawna, zdążyły się utworzyć wspólne rytuały. Przez chwilę mam wrażenie, że wychodzę z siebie, staję obok i zaczynam mieć mgliste pojęcie na temat prawdy o człowieku. Ale Helena – ciemny alt o ciekawej barwie – wstrzymuje mój podekscytowany myślotok mówiąc: system nie może zrozumieć sam siebie. Komputer też nie wie, kim jest. (A gdyby się dowiedział? Jeśli mój laptop na stałe odmówi współpracy, będę się starała wierzyć, że właśnie doznał przebudzenia.)

Po pracowitej sobocie trzeba było wreszcie odpocząć od śpiewania. Barbara – alt, który powinien być sopranem – przywiozła gitarę, więc połowa chórzystów odpoczywała śpiewając ogniskowe szlagiery przy gitarze do trzeciej nad ranem. Druga połowa zagłuszała ich piosenką po szwedzku. Jedną. Przez całą noc w kółko.

Skacowany chór o poranku w niedzielę brzmi mniej więcej tak.

Chyba coś ze mną nie w porządku, bo nie mogę się doczekać jutrzejszej próby**.

*Na Probenwochenende przyjechało nas około osiemdziesięcioro, więc ktoś wpadł na pomysł, żebyśmy przyczepili sobie identyfikatory. Dyrygent dostał bonusowy identyfikator z napisem: Chef Ventilator.

**I nie poszłam. Zapomniałam nut.
Jak to powiedział pewien Francuz w Niemczech - Schmerde!

12.10.08

Cebulowy Goethe

Każdy powód jest dobry do świętowania. Weźmy na przykład cebulę. Można ją zjeść, z dwóch cebul zrobić laleczkę, z dwudziestu małych cebulek – korale, albo posadzić w doniczce i mieć szczypiorek. I jak tu się nią nie cieszyć? W Weimarze od 355 lat co roku odbywa się Zwiebelmarkt, czyli rynek cebulowy, obecnie trwający trzy dni. Wyobraź sobie, że cała warszawska starówka jest zastawiona gigantycznym bazarem – tak mniej więcej wygląda teraz niemiecka "stolica kultury".

Na straganach, wśród odpustowych bobików, słodyczy, magicznych olejków na urodę i pamiątek z Rosji albo Peru leżą wieńce z cebul, małych cebulek, czosnku, ziół i suszonych kwiatów, przypominające stylem nasze palemki wielkanocne. Turystów kuszą cebulowe lale, cebulowe zegary, gąsienice z małych cebulek i książki w rodzaju 1000 przepisów na potrawy z cebuli. Wszędzie porozstawiane są budki, w których można zjeść tradycyjne cebulowe ciasto na gorąco i popić Federweißerem, czyli młodym białym winem (albo czymkolwiek innym, wybór jest naprawdę duży). Gdzieniegdzie snują się przebierańcy z lokalnych grup rekonstrukcji historycznych, przeważnie renesansowych. Jednocześnie odbywa się kilka koncertów muzyki folkowej, a wokół tego wszystkiego prowadzi trasa biegu miejskiego.

Podobno Goethe napisał kiedyś wiersz o tym, jak bardzo lubi cebulę. Podobno chodził na Zwiebelmarkt, kupował cebulowe ozdoby, stawiał je na swoim biurku i w różnych miejscach domu, bo wierzył, że zapach cebuli ma doskonały wpływ na zdrowie. Pomnikowi Goethego wśród straganów ktoś założył cebulowy naszyjnik.

Po siedmiu godzinach spacerowania wśród cebul przemieściłam się ze "stolicy kultury" z powrotem do "miasta nauki". Teraz, po czternastu (sic!) godzinach snu, usiłuję zainstalować gdzieś nabytą w Weimarze oplątwę. (Wszelkie pomysły na imię dla oplątwy są mile widziane, zarówno rodzaju męskiego, jak i żeńskiego).

Inne cebulowe zdjęcia znajdują się tutaj.

5.10.08

Bogini Matka

W wierzeniach ludowych występuje w trzech postaciach: dziewicy, kobiety brzemiennej i staruchy, czyli czarownicy. Pamiętam, jak na Taborze poszliśmy z Piotrem na długi spacer po drogach wokół Szczebrzeszyna. Ziemia na Roztoczu kojarzy mi się z ciałem młodej dziewczyny; wiatr rozdmuchuje jej jasne włosy, czesze kosmyki traw, między którymi wyrastają pojedyncze czerwone maki jak ozdobne spinki. Zatrzymujemy się na chwilę. Piotr fotografuje zieloną fasolę pnącą się po wysokich tyczkach, a ja zrywam z pobocza dzikie jeżyny, oczyszczam je z pajęczyn, pozwalam moim ustom wykrzywić się od ich kwaśnego smaku. Na polu straszy stary wóz, dalej widać ciemny zarys lasu. Gdybym wierzyła w Boginię Matkę, powiedziałabym, że objawiła mi się trzykrotnie.

Podejrzewam, że nie tak trudno było dopiero co ochrzczonym ludom pogańskim wpisać w swoją dotychczasową religijność nową postać, Matkę Boską, razem z całą mitologią chrześcijańską. Może po prostu przyjęli ją bez pytania, założyli jej wianek z polnych kwiatów, ubrali w ich własny strój i pozwolili zamieszkać w swoich domach.

Na rozstajach dróg stoją kapliczki zapomnianych świętych, których imion nie nadaje się już dzieciom. Piotr stara się znaleźć odpowiedni kadr. Bezzębna kobieta zbierająca kukurydzę mówi, że tą drogą nigdzie nie dojdziemy, jeszcze jedno wzgórze i zacznie się pole. Wracamy do Szczebrzeszyna po śladach naszych stóp.

Wspominam ten spacer, czytając Dom dzienny, dom nocny Olgi Tokarczuk. Ktoś kiedyś powiedział, że żeby pisać dobrze, trzeba znaleźć trzech mistrzów i zawsze mieć pod ręką ich dzieła, na podstawie których można wypracować nowy, oryginalny styl. Jeśli kiedyś naprawdę zajmę się pisaniem, pierwszego mistrza już znalazłam: książki O.T. działają jakby ktoś rzucił na mnie zaklęcie i obiecał je zdjąć dopiero kiedy przeczytam ostatni akapit. Szukam teraz pozostałych dwóch mistrzów. Jakieś pomysły?

8.9.08

Super lipa, czyli zapiski z Chorwacji

1. Gdzieś w Chorwacji, tuż przy granicy słoweńskiej.
Nie udało mi się dostać stempla na granicy. Kiedy ją przekraczaliśmy, leżałam z nogami na zagłówku i głową w okolicy deski rozdzielczej, śniąc o spóźnianiu się do pracy (zawsze to samo, mogłabym pisać horrory dla japiszonów). Podobno celnik stęknął tylko na mój widok: ojojoj!

2. Gdzieś w Chorwacji.
- Jak się nazywają góry na Bałkanach?
- Yyy… Bałkonosze?

3. Marusici. Plaża.
Nie powinnam była wygrać konkursu tłumaczenia poezji ex aequo z Weroniką i potrzebowałam wycieczki do Chorwacji, żeby się o tym upewnić. Tutaj plaża jest kamienista, przecinają ją kilkumetrowe skupiska skał. Skały siedzą na dnie morza z czubkami jak ciekawskie łby nad powierzchnią. Nurkując między nimi, jestem jak olbrzymi ptak przelatujący nad górami. Oglądam cienkie, zwinne błyszczące rybki, kiedy płyną olbrzymią ławicą, ocierając się o moje ręce. Dostojna srebrna ryba wyjada coś z muszli leżącej na dnie; na brzuchu ma plamę udającą oko. Samotne brązowe ryby z podwójną płetwą ogonową skubią dziobatymi pyszczkami zbocze morskiego wzgórza. Właśnie – jak przetłumaczyć seahills? Ja napisałam: wydmy, Weronika – morskie wzgórza. Komisja uznała mój pomysł za lepszy. Widocznie też jeszcze nigdy nie widziała morskich wzgórz.

4. Marusici. Noc.
Światła z Omiskiej Riviery na horyzoncie przypominają żar ogniska rozgarnięty patykiem; nad nimi ciemne turnie wyglądają jak wielkie duchy. Dźwięk cerkiewnych dzwonów hipnotyzuje alikwotami, odbija się echem od gór. Dzwony cichną, teraz solówka cykad. Żółtopomarańczowe światło latarni pada na moje uda barwiąc je na złoto, czuję się dziwnie nieprawdziwa pod tą złotą skorupą i pełna monologów wewnętrznych, jakby mnie stworzyła Virginia Woolf. Lekko niepokojące, bo nie powierzyłabym życia komuś, kto utopił się w Tamizie.

5. Marusici. Plaża.
Siostra wysyła mnie na turniej scrabble, bo za każdym razem wygrywam. Ciekawe, czy przeszłabym eliminacje. Zapamiętać: przeczytać słownik języka polskiego.

6. Mały słowniczek chorwacko-polski:
sranje – gówno
Polska – Polska
Nemecka – Niemcy
Burek – nazwa popularnej potrawy

7. Dubrovnik.
Cóż, rzeczywiście jest tak piękny, jak mówią wszyscy, może nawet jeszcze piękniejszy, ale niestety powodzenie wycieczki zależy od nastawienia jej uczestników. Pokłócić się można nawet o kamień, a Gestalt jak najbardziej działa:
całość jest jeszcze gorsza, niż suma części.

8. Marusici.
Widziałam prawdziwego dalmatyńczyka z Dalmacji i milion pięćset sto dziewięćset kotów.

9. Marusici.
- Czy ten wasz kameleon gryzie?
- Nie, to jest gekon i nie gryzie, a co?
- Bo siedzi nad moim łóżkiem, weeeź go, buuu...


10. Marusici. Pani profesor.
Pani Alujević, profesor geologii, wynajmuje pokoje turystom i okropnie się nudzi, więc czasem przychodzi pogadać (po chorwacku, z prędkością karabinu maszynowego,
ne probljem, i tak rozumiemy). Zrobiła nam naleśniki i powiedziała, że w Chorwacji jest lepiej, niż w Polsce, bo mamy dwóch takich kretynów (tu pani profesor pokazała, jakich kretynów), a oni tylko jednego. Innym razem wdrapała się na górę, żeby przynieść figi z sadu i opowiedzieć, co sądzi o homoseksualistach. Bo nie wie jak w Polsce, ale w Chorwacji to, wiecie, ne probljem.

11. Split. Szukanie dworca, na którym umówiłam się z Nikoliną.
Ja: How do I get to the train station?
Babcia klozetowa:
(coś tam po chorwacku)
Ja: Nie rozumiem, do you speak English?
Babcia (łapiąc mnie za warkocz): Lipa!
Ja: Yyy… Deutsch?
Babcia: Neee… Lipa! Super lipa!

12. Split.
Czekała tam na mnie prawie godzinę.
Nikolina jest wegetarianką, straszną gadułą, nałogowo ogląda Monty Pythona, woli koty, pali jak smok, podobnie jak ja cierpi na dysgeografię i czasem spotyka w kawiarni swojego ulubionego pisarza (zapamiętać: poszukać tłumaczeń książek Ante Tomicia). Studiuje historię, a po angielsku mówi z idealnym brytyjskim akcentem.
Nina przegoniła mnie po historycznej części Splitu, pokazała słynny pałac Dioklecjana i pozostałości po najeździe weneckim, opowiedziała o wojnie z Serbią. Na plaży stroiłyśmy głupie miny do aparatu, a w kawiarni przy trzeciej kawie już bolały nas mięśnie twarzy od śmiechu przy poszerzaniu lingwistycznych horyzontów o polskie i chorwackie przekleństwa i łamańce językowe. I przyjedzie do Polski! Ha! :)

13. Gdzieś w Austrii. Noc na stacji benzynowej.

Przeglądam zdjęcia. Chcę z powrotem do Chorwacji. Ale tym razem sama, autostopem. Może za rok?

14.8.08

Brzmienia w trzcinie

Pochód dziesięciu osób z lirami korbowymi idzie po wiejsko-miejskiej dróżce w kierunku ruin cmentarza żydowskiego. Mieszkańcy Szczebrzeszyna stają zaciekawieni na gankach domów. Idziemy tak i brzęczymy przez dziesięć minut, a kiedy wchodzimy na cmentarz, Maciek, który prowadzi warsztaty lirnicze, mówi do kogoś: Miałem ci pokazać grób cadyka, o, tutaj jest.

Kilka dni temu wróciłam z 9. Taboru Domu Tańca w Szczebrzeszynie. Na Tabor składały się warsztaty i koncerty, spotkania z lokalnymi muzykantami, śpiewy i tańce, a to wszystko w scenerii roztoczańskiej zieleni.

Wesoło było już w pociągu do Szczebrzeszyna. Trafiłam na początkującego harmonistę Piotra, który przez cztery godziny z przerwami grał, skutecznie odstraszając wsiadających przed zasileniem składu naszego przedziału. (Przerwy polegały na odłożeniu harmonii i graniu na glinianym jamniku albo waleniu w bęben.)

Po wyjściu z pociągu aż zakręciło mi się w głowie od zapachu łąk, pól i czystego powietrza. A widok: jakby tam się unosiła jakaś magia. Sam Szczebrzeszyn też ma "duszę" – na przykład dom kultury mieści się w dawnej synagodze, kiedyś spalonej, odbudowanej po wojnie.

Największa według mnie atrakcja Taboru: oczywiście lira! Czuję, że znalazłam wreszcie swój instrument; taki, który pasuje do mojego głosu i charakteru (instrument smyczkowy bez smyczka, który przed graniem trzeba pół godziny czarować watą i kalafonią, a brzmi jak bękart skrzypiec z dudami, wydaje się wystarczająco pokręcony). Codziennie nie mogłam się doczekać następnych warsztatów lirniczych, a na koniec świetnie się bawiłam, "dziadując" (babując?) w synagodze. (Kiedyś ułożę pieśń dziadowską o nodze Magdy, dziurze w ulicy, karetce i dzielnych Szczebrzeszynianach – tylko dla wtajemniczonych.) Do tego Jacek Hałas uważa, że mam talent. Oby starczyło mi cierpliwości i determinacji, żeby dalej ćwiczyć.

Jeszcze jednym wielkim pozytywem były warsztaty wokalne w grupie początkującej prowadzonej przez Basię Wilińską. Wystarczył tydzień, żebym już się nie bała ryknąć na cały głos. W śpiewie białym głosem to właśnie jest wspaniałe, że cokolwiek zrobię, będzie dobrze, byle by nie szkodziło strunom głosowym; nie ma podziału na ładne i brzydkie, nawet jeśli zapiszczę albo wezmę oddech w środku frazy. Wszystko wolno – i to mi się podoba. Pewnego razu Basia wspomniała o alikwotach. Uznałam te stworzonka za tak fascynujące, że teraz chodzę i miauczę, usiłując je wydobyć: aaeeiiyyyuuu...

(Dopisane:
Wreszcie doszła do mnie z Serpenta płyta J.H. Zegar bije. Trzeci utwór, śpiew alikwotowy. Prawie padłam. Niesamowite.)

Codziennie odbywały się też warsztaty tańców polskich i wołoskich, kto nie grał na lirze, ten miał okazję uczyć się gry na suce biłgorajskiej. A nocą w jurcie Hałasów były potańcówki i pograjki, na które przeważnie nie starczało mi sił fizycznych i psychicznych. Podziwiam ludzi, którzy po całej nocy półgodzinnych oberków-killerów rześcy i wypoczęci stawiali się punktualnie na śniadaniu…

(Pewnej nocy, około godziny pierwszej, wybrałam się z początkującym harmonistą Piotrem na cmentarz żydowski, żeby wykręcić się od tańczenia. Spotkaliśmy tam wycieczkę angielsko- i francuskojęzycznych ortodoksów. Szanse jedne na milion sprawdzają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.)

Mam mieszane uczucia, bo nie starczyło mi kondycji i czasu, żeby być wszędzie, gdzie chciałam i nauczyć się wszystkiego, czego bym chciała. W dodatku pojechałam tam sama, nie znając nikogo i długo musiałam się "rozkręcać". Ale poznałam kilka ciekawych osób. A teraz kończę tę notkę i od razu zabieram się do pożyczonej (dziękuję, Januszu!) liry i podręcznika Drehleier spielen. Zacznę od pewnej pieśni dziadowskiej, tej, której uczył nas J.H.:

Posłuchajże, wierny ludu,
oczyść dusze z grzechu, brudu,

bo nastaną ciężkie lata
i nastąpi koniec świata!

Więcej zdjęć znajduje się tutaj i na blogu tyndyryndy. Zdjęcie liry z moją dłonią pochodzi z galerii Piotra harmonisty.

31.7.08

Krople do oczu i poduszka pod siedzenie

Mimo uprzedzenia do Wrocławia postanowiłam zrobić to, na co od roku nie miałam czasu: zająć się oglądaniem filmów od rana do nocy i wejść wreszcie w nieszkolną i niepracową interakcję z ludźmi. Na 8. Festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu jednego i drugiego dało się doświadczyć w dużej ilości.

Zauroczył mnie Gość życia Tibora Szemző – jeden z niewielu filmów, które umieściłabym na półce podpisanej: "filmy dla Katarzyny P.". Półlegendarna opowieść o Csomie, genialnym lingwiście-bohaterze, który w podróży do Tybetu próbował odkryć pochodzenie Węgrów, a po drodze odmówił poślubienia stada arabskich księżniczek. Pojawia się tam dużo języków, które są traktowane jak muzyka; do tego ciekawe brzmienia etno, wątki historyczne przeplatające się z baśniowymi, teksty z buddyjskich ksiąg i wycinankowe animacje (tylko dziada, baby i liry korbowej brakowało).

Drugie z moich prywatnych odkryć to znany nowozelandzki reżyser Vincent Ward – nie pogniewałby się chyba za nazwanie go Gaimanem ekranu. Jestem pod wrażeniem jego wizjonerskiej reżyserii; Dojrzewanie i Deszcz dzieci przyprawiły mnie o ten sam dreszczyk, który kiedyś czułam przy lekturze Nigdziebądź albo Chłopaków Anansiego. Kiedy zobaczyłam go na spotkaniu z widzami, zaskoczyło mnie jeszcze jego fizyczne podobieństwo do Gaimana. Do tego wydawało się, że miał ochotę w nieskończoność rozmawiać z widzami i odpowiadać na pytania z sali. Emanował jakąś taką niesamowitą serdecznością, że mi się udzieliło i na następnym seansie nawet nie przeszkadzało mi, że zasiadł przede mną posiadacz ogromnej, kudłatej i wysoko osadzonej głowy.

Po trzecie - Persepolis Marjane Satrapi. Wiem, wiem, wszyscy już dawno to widzieli, a ja dopiero teraz. Wyjechałam z Wrocławia z komiksem Persepolis, kontynuacją komiksu Persepolis, najnowszym komiksem M.S. pt. Wyszywanki, plakatem z Persepolis, zdjęciem w chuście na głowie z komiksem Persepolis i nadzieją, że na starość zmienię się w sobowtóra babci Marji.

Po czwarte - Spotkania na krańcach świata Herzoga, na które ledwie udało się nam dopchać - pełen humoru dokument o ludziach, którzy nie są przywiązani do konkretnego miejsca na ziemi i przez to spadają na biegun południowy. (Ten angielski z niemieckim akcentem, mrr, przypomniały mi się urywki z 24-godzinnego wywiadu z Blixą na YouTube...)

Wielkim rozczarowaniem okazał się natomiast Theo Angelopoulos. W informatorze pisano, że jego filmy to "poezja obrazu". Na Rekonstrukcji zasnęłam, a potem obudziłam się i wyszłam w połowie seansu. Trzy godziny czarno-białego filmu o starych murach na wsi w Grecji, w pobliżu których ktoś wprawdzie popełnia morderstwo, ale nawet to da się ukazać w nudny sposób ("Postawił kamerę i poszedł na piwo"). Widocznie nie dla takich jak ja jest kino kontemplacyjne.

Po ogłoszeniu wyników okazało się, że jestem świetnym przykładem przekrojowego erowicza, bo trafnie wytypowałam zwycięzców festiwalu. Na moim własnym podium umieściłabym: wspomniany wcześniej Deszcz dzieci, Deltę (reż. Kornel Mundruczó), długo-długo nic, potem W mieście Sylvii (reż. José Luis Guérin). Tylko trzecie miejsce nie zodziło się z oficjalnym rankingiem. Oprócz tego "trzymałam kciuki" za Złotą rybkę (reż. Tomasz Wolski), świetny polski dokument o ośrodku dla niepełnosprawnych. Ani drwiący, ani cukierkowo-AnnoDymny, ale idealnie wyważony i chwilami naprawdę śmieszny, chociaż nie zawstydzający. Złota rybka została nagrodzona w kategorii "Nowe filmy polskie".

Trochę zdjęć jest jeszcze tutaj.

6.5.08

Zwiad terenowy

Od dwóch miesięcy ciułałam kasę na zwiady przed Erasmusem. Jenę znałam tylko z Wikipedii i zdjęć znalezionych w internecie. Jakieś góry, na środku pomnik grubasa w pumpach. Bitwa napoleońska. I wszystko. Z nadzieją zarejestrowałam się na CouchSurfingu.

Na tydzień przed wpadłam w panikę. Trudno mi było znaleźć hosta, bo w Niemczech też obchodzi się Święto Pracy, całkiem podobne do tego w Polsce, z tą różnicą, że Niemców nie ma wtedy w domu. Odpowiedź pozytywną dostałam od dwóch osób na jakieś dziesięć: Liane, która była zajęta przygotowaniami do imprezy, ale tak, tak, mogła mnie przyjąć i Marco, który wprawdzie miał gości, albo i nie miał, bo miał mieć, ale potem miał nie mieć, ale tak, jak najbardziej...

Mimo wszystko ucieszyłam się, bo przypomniały mi się ostatnie zajęcia z kultury niemieckiej. Polacy często postępują według skryptu negatywnej grzeczności (negative Höflichkeit). "Jestem zawalona robotą, mam straszny dzień, ale zrobię to dla Ciebie", mówię z wyrazem twarzy męczennika, i oczekuję, że odpowiesz: "nie, nie, nie trzeba, poradzę sobie". W kulturze niemieckiej za to dominuje positive Höflichkeit: raczej nastawienie na budowanie relacji niż ochrona przed straceniem twarzy. I tyle mojego mędrkowania wyniesionego z tego, co piąte przez dziesiąte zrozumiałam u dr B. Uznałam, że jeśli mówią, że chcą i mogą mnie ugościć, to znaczy, że naprawdę chcą i mogą, a jeśli się mylę, to niech mi wąsy Borata wyrosną.

Kiedy spotkałam Marco i Markusa na dworcu Paradies, spłynął ze mnie stres i nawet przestałam się zastanawiać, jak bardzo beznadziejny jest mój akcent. Trochę ich tylko zawiodłam, bo nie umiałam przyrządzać żadnych polnische Spezialitäten, ale chyba zostało mi wybaczone, bo pokroiłam pomidor do artystycznej Spezialität z makaronu, sera i wszystkiego innego, co było w lodówce. Ponarzekaliśmy trochę na swoich piłkarzy, swój rząd i całą resztę świata, bo kulturowy skrypt narzekania akurat mamy wspólny, i poszliśmy na imprezę do Liane.

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to była najlepsza impreza w moim życiu, zwłaszcza z powodu Bena, z którym długo i czasem nawet po niemiecku (po trzecim piwie zazwyczaj spływa na mnie dar języków) prawie do świtu rozmawiałam o psychologii i polityce. Ktoś dał nam ciemne okulary-lennonki i tańczyliśmy na środku parkietu jak dwie wielkie muchy w agonii. (Miał piękny uśmiech i blond włosy, cholera by go wzięła, obiecałam sobie, że nie będę się więcej zadurzać w przystojnych Niemcach.)

Drugiego dnia wybrałam się na samotne zwiedzanie. Jena jest łatwa w opanowaniu nawet dla kogoś, kto jest w stanie zgubić się na Marszałkowskiej, czego całkiem niedawno udało mi się dokonać. Dobrze, że rozdzieliłam się z Marco, bo jego tempo chodzenia i zwiedzania (tu jest wieża tam jest zamek tu jest księgarnia tu jest uniwersytet tam jest dworzec, no, to już wiesz?) zaczynało mnie trochę męczyć. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od największej księgarni. (Dlaczego ten fantastyczny gruby leksykon psychologii jest taki drogi?! No nie, dlaczego jest tylko ten jeden egzemplarz wybranych wierszy Rilkego z komentarzami do nich, tylko ten jeden z zagiętym rogiem, z przepaskudnie zagiętym wstrętnym rogiem?!). Wyszłam bez Rilkego i bez leksykonu, za to z Psychologie: ein Schnellkurs i przewodnikiem po Jenie. Stamtąd trafiłam prosto na zjazd oldtimerów i mało brakowało, a stałabym się osławionym polskim złodziejem samochodów, tak mi się ten biały podobał.

O mało nie rozpłakałam się, że to już, że muszę wyjeżdżać. Marco
na pocieszenie podarował mi gumowy mózg. To znaczy model mózgu, dobrze odwzorowany, nawet jedna półkula jest przepisowo wysunięta do przodu. Założę się, że jeśli ktoś oprócz mnie to czyta, nigdy nie dostał w prezencie gumowego mózgu. (Kiedyś dostałam też w prezencie pluszowy czworościan, ale to zupełnie inna historia.)

Więcej zdjęć jest w mojej galerii PicasaWeb.