18.8.09

Serpens ex machina

W wieku przedszkolnym miałam ulubioną zabawę: wysypywałam na podłogę całe wiaderko plastikowych zwierzątek i ustawiałam je w dwa rzędy naprzeciwko siebie, w jednym roślinożerne, w drugim - drapieżniki. Tak zaczynała się bitwa. Kiedy bawiłam się w to z babcią, to ja zawsze musiałam "być" drapieżnikami, bo nie umiałam przegrywać.

Drapieżniki zwyciężały do czasu, kiedy moja babcia wymyśliła Wielkiego Węża. Był to żółty tandetny wąż z odpustu, tak duży, że nie mieścił się do wiaderka. Wielkie Węże mają to do siebie, że potrafią latać, więc w kulminacyjnym punkcie wąż przylatywał nad pole bitwy i zaprowadzał pokój.

Szkoda, że chociaż raz nie stało się inaczej. Przydałoby mi się, gdyby Wielki Wąż raz się wkurzył, przestał być pacyfistą i rozniósł moje drapieżniki w pył.

5 komentarzy:

andsol pisze...

Jak reagowałaś gdy nadlatywał Wielki Wąż?

akaś jansdottir pisze...

Okrzykiem: WIELKI WĘŻUUU! :)

Cal pisze...

Uhuhu, z tego mogły wyrosnąć jakieś skrywane podświadomie kompleksy albo traumy :P

akaś jansdottir pisze...

Myślisz? Z powodu jednego niewinnego latającego symbolu fallicznego?

Hania pisze...

a ja nie pamiętam w co się bawiłam w wieku przedszkolnym :(