3.8.09

Kryteria wyboru mieszkania

Nie mogę mieszkać pod żółtym adresem, nie wyobrażam sobie ciężkiego, żółtego słowa przy moim imieniu i nazwisku. Dlatego ulice na litery B i D odpadają. Piętro - najlepiej ostatnie. Nieważne, że na ostatnim piętrze wieżowca jest zawsze za gorąco albo za zimno. Gdybym mieszkała na piętrze dziewiątym na dziesięć, pozostałoby nade mną piętro nieodkrytej tajemnicy, schody, na które nie miałabym wstępu. Tajemnica jeszcze piękniejszego widoku z balkonu. Z tego balkonu można by było zajrzeć i na mój balkon, bo na ostatnim piętrze mieszkają bogowie z krainy ognia i lodu, którzy do woli przypatrują się śmiertelnikom z niższych pięter.

Balkon jest ważny. Z mojego balkonu musi być widać jak inne wieżowce mrugają oknami wieczorem. I samochody. Muszę widzieć z balkonu jakąś drogę, żeby pamiętać, że świat nie stoi w miejscu. Ściany mieszkania muszą być kolorowe i nie mogę mieć w oknach krat. Moja dusza jest kręgowcem w gazowym stanie skupienia i czasem ucieka przez okno.

Wreszcie nie mogę mieszkać z osobą, której głównym zajęciem jest samorealizacja, ani z taką, której kubek kawy nie pozostawia brunatnego kółeczka na stole, ani też z taką, która musi mieć w pokoju stado pluszowych upiorów. Jeśli hoduje pająki lub dżdżownice afrykańskie, to wspaniale, zasadniczo może hodować wszystko, co nie szczeka.

I jeszcze kot. Kot musi być koniecznie.

1.8.09

Nasza miłość pachnie jak świeży łosoś

Kupiłam na wyprzedaży Viktor ist gegangen Very Walger. Główną bohaterką powieści jest Niemka szwedzkiego pochodzenia, która ni z gruszki ni z pietruszki decyduje się jechać do Szwecji i szukać tam swojego brata Viktora. Szwecja jest cukierkowo szwedzka, cicho wszędzie, głucho wszędzie, wszyscy mają blond loki i zajadają się bułami z cynamonem, a bohaterka wjeżdża samochodem w łosia. Węgierski imigrant jest też niezwykle węgierski, częstuje naszą Niemkę palinką i gotuje jej paprykowe gulasze. Akcja biegnie ślimaczym tempem po autostradzie na północ, a Viktor uciekł chyba do Laponii, więc będę musiała się męczyć jeszcze przez sto parę stron zanim bohaterka dojedzie do Jokkmoka i znajdzie tam sens życia oraz brata. Zerknęłam na notkę biograficzną – pani Walger studiowała skandynawistykę. Proszę, niech mnie ktoś rąbnie, jeśli kiedykolwiek postanowię napisać książkę o Niemczech.

- Cześć, jestem Polką i mam na imię Kasia - powiedziała Kasia z Polski, odrzucając słowiański warkocz na swe słowiańskie plecy, a potem pociągnęła łyk wódki z gwinta. - Bóg z tobą, chcesz bigosu?

27.7.09

Sprawa uciekających butów

- Gdzie są wszystkie buty?
- Nie wiem, a nie ma? ...O, moich też nie ma... Ale fajnie, myślałem że potwory pożerające skarpetki pożerają tylko skarpetki...



Gdyby babcia miała wąsy, to napisałaby wcześniej pracę o temperamencie, a teraz oglądałaby we Wrocławiu szwedzkie filmy z Zotykiem, zaś po festiwalu udałaby się różowym samolotem do Sztokholmu albo chociaż pociągiem na Woodstock. Ale gdyby babcia miała wąsy, to by był tramwaj.

Dobra. Dałam znak życia, a teraz puszka "Mega Force" i jadę dalej.

18.7.09

Gołębi śpiew

Bardzo chciałam usłyszeć jeszcze raz Evening rise przed odejściem z chóru. Mogłabym powiedzieć na ostatniej próbie, że mam urodziny i zażyczyć sobie tę piosenkę w prezencie, ale to by było nie fair. Nie można symulować urodzin.

Przed koncertem w Lipsku ktoś przez pomyłkę wpisał nam jeszcze jeden utwór do programu. Zaśpiewaliśmy.

Evening rise, spirit come
Sun goes down, the day is done
Mother Earth awakens me
With the heartbeat of the sea

Psychologia zaczyna nieśmiało przebąkiwać, że Bóg istnieje w mózgu. Jest taki mechanizm, który każe wierzyć, że jakaś potężna istota opiekuję się tobą i od czasu do czasu spełnia życzenia. Przez chwilę, pośrodku sceny, byłam gołębiem Skinnera, szczęśliwym, że z nieba spadło wymodlone ziarno.

10.7.09

TFF Rudolstadt

Zacznę od wyrzutu. Dlaczego nie było Was na festiwalu folkowym w Rudolstadt? Już, wyrzut został wyrzucony, a teraz się dowiecie, co straciliście:

Valravn
Duński folk wzmocniony perkusją i elektroniką. Zespół brzmi trochę jak Hedningarna, a wokalistka jak Björk, aż ciarki przechodzą po plecach. Do tego ma niesamowity kontakt z publicznością. Odpłynęłam do Skandynawii i nie wróciłam jeszcze przez pół następnego koncertu.

Ayarkhaan
Trzy Jakutki ubrane jak Xena, Wojownicza Księżniczka wkroczyły na scenę, zamiotły ją miotłami do odganiania złych duchów, a dopiero potem mogły już grać. Zastanawiał mnie ich sposób trzymania drumli: prawa dłoń uniesiona wysoko, tak, żeby uderzyć języczek drumli wierzchem palca wskazującego. Transowe, bardzo specyficzne.



Hans Söllner
Reggae po bawarsku. Na jego koncertach był zawsze największy tłum. Podobno nawet Niemcy go nie rozumieją, ale kto by się tym przejmował? I tak wszystkie teksty brzmią: coś tam – coś tam – coś tam – marihuana!

Mercedes Peón
"Galicyjska Powerfrau" z dudami i bębnami. Uwaga, wpada w ucho! I nie wypada!

Straciliście również niepowtarzalną możliwość obejrzenia jedynego w swoim rodzaju dzieła sztuki i procesu jego tworzenia. Przedstawiam Wam oto instalację pt. Cthulhu Ze Śpiwora.


PS. A propos niczego: zauważyłam, że właśnie ktoś wszedł mi na bloga pytając Google, jak się pisze gwóźć. Cóż, mam nadzieję, że już wie, jak się pisze gwóźć.

26.6.09

Dyktafon zostanie w szufladzie

Siedziała zawsze w fotelu i mówiła zdrowaśki, a jak nie zdrowaśki, to wiersze, które pamiętała z czterech klas podstawówki sprzed dziewięćdziesięciu lat. Tylko z czterech, bo przez wojnę zamknięto szkołę. Włączała telewizor i narzekała, że prezydent znowu narobił hałasu, a zwolennicy Radia Maryja to banda kretynów.

Pytała kiedy przyjadę z dyktafonem, bo ona już powoli będzie się z tego świata zbierać. Zamierzała jeszcze przeczytać książkę, która miała powstać na podstawie jej wspomnień.

Kolejka powoli posuwała się do przodu.
- A ja to panią widziałam w telewizji! - Pochwaliła się moja prababcia Regina w języku sprzed zbudowania wieży Babel, żwawo pociągając osobę z przodu za rękaw. - Bardzo ładnie pani śpiewa.
- Właściwie to jestem mężczyzną, ale i tak bardzo dziękuję - odpowiedział Michael Jackson w tym samym języku.

PS. Dla odmiany.

21.6.09

Misa Criolla

Pewien niedawno odkryty pisarz napisał, że każda kobieta rano czegoś szuka. A to portfela w przepastnym kosmosie swojej torebki, a to kluczyków od samochodu, w moim przypadku teczki z nutami, która - przysięgam! - była wczoraj na biurku, ale w nocy widocznie zachciało jej się turystyki. Ze wstydem przyznaję, że spełniam kryterium żeńskości tegoż pisarza.

Jeśli spieszysz się rano szukając teczki z nutami lub ciał niebieskich zagubionych w czerni torebkowego nieba, to pamiętaj: nie włączaj radia na last.fm.

Bo pożre cię niedźwiedź.



Mimo fatalnej akustyki i obecności najgorszego sopranu w Jenie (czyli mnie), koncert podobno się udał.

W ogóle wszystko się udaje. A najcudowniejsze jest, kiedy wracam zmęczona i ze zdartym gardłem po kilku godzinach śpiewania, otwieram skrzynkę i znajduję tam długi list po polsku, od Kogoś, kto zna tajemnicę Wielkiego Wozu nad ogniskiem. Czytam go, a gwiazdy odbijają się w herbacie.